RSS
wtorek, 20 listopada 2007
Miasto moje widzę ładne...

Jeszcze przed wyjazdem do Anglii, na fotoforum „Gazety” znalazłam bardzo ciekawy wątek założony przez szybką.osę pod tytułem „Czego mi brakuje w przestrzeni miejskiej. Odczucia.” Można go otworzyć tu:

http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,750,66817711,66817711,0,2.html?v=2

Forumowicze zamieścili tam fantastyczne przykłady podpatrzone gdzieś w świecie, jak ciekawie można wzbogacić przestrzeń publiczną. Z mojej wyprawy przywiozłam też kilka zdjęć rozwiązań, które zasługują na rozważenie, więc je wrzucam. Po pierwsze, w centrum Northampton ustawione są drogowskazy do najciekawszych budowli, zabytków, miejsc. Dla turystów nie znających miasta - bezcenne, a przy tym stylowe i ładne.

Po drugie - przystanki autobusowe w centrum - estetyczne i funkcjonalne. Takie z wyświetlaczami znajdują się tylko w centrum i są pod okiem kamer miejskiego monitoringu, pewnie dlatego opierają się wandalom i służą pasażerom komunikacji miejskiej.

 

Trzeci pomysł to ławka reklama z daszkiem. Stoi ich kilka na deptaku. Reklama po zmierzchu jest oświetlona.

 

Na deser dorzucę pomnik, który zaledwie dwa lata temu stanął na deptaku, aby upamiętnić urodzonego w Northampton Francisa Cricka, laureata nagrody Nobla przyznanej za odkrycie struktury molekularnej DNA. Hmmm, my mamy Jana Kochanowskiego...

 

Z kolei podczas mojej wyprawy na wybory do Londynu podpatrzyłam ciekawą w formie fontannę. Na placu przed centrum handlowo - biurowym położonym niedaleko stacji metra London Bridge leży kilka bloków obłożonych kamiennymi płytami.

 

To właśnie fontanny, po blokach spływa cieniutka warstwa wody i ginie w szparze między blokiem a chodnikiem. Obok bloków - fontann, ruczaj w chodniku.

 

Dzięki takim rozwiązaniom, nieciekawy i szary plac zmienił się w sympatyczne miejsce relaksu. Nie upieram się, aby podobne fontanny stanęły w Radomiu, chociaż... I za autorem wątku na fotoforum szybką.osą zaapeluję: „mamy pod nosem Centrum Rzeźby Polskiej i nawet tego miasto nie potrafi wykorzystać”. A może jeszcze nikt nie wpadł na ten prosty pomysł?

piątek, 16 listopada 2007
Witamy was, czyli tolerancja po northamptońsku

Dziś wielka dyskusja w „Gazecie” p.t.: czy Polacy są tolerancyjni. Założę się, że każdy, no prawie każdy, zapytany o to rodak powie, że oczywiście tak. Ale jak pokazały badania, okazuje się, że gdy chodzi o konkretne sytuacje, nie zawsze jesteśmy na tyle otwarci, aby zaakceptować inność. Pierwszy wieczór w Northampton spędziłam w ratuszu. Władze miasta i policja zorganizowały spotkanie dla Polaków, bo jak mi wyjaśniał zastępca komendanta policji, superintendent George Shipman, Polacy w Northampton mieszkają i ciężko pracują, stali się częścią lokalnej społeczności, więc, żeby czuli się w niej dobrze, trzeba ich wesprzeć, podpowiedzieć, gdzie mogą szukać pomocy w życiowych sprawach. Policja już zatrudniła tłumaczy, aby ułatwić Polakom kontakt.

Przyznam, byłam pod wrażeniem, gdy pani burmistrz, Lee Mason, mówiła do zgromadzonych w ratuszowej sali narad: „Witamy was, cieszymy się, że jesteście z nami”. Próbowałam sobie wyobrazić analogiczną sytuację w Radomiu: prezydent miasta witający grupę Włochów, albo Bułgarów, którzy przyjechali do Radomia do pracy i policję radomska zatrudniającą tłumacza z bułgarskiego. Mamy wiele przykładów na naszą otwartość: klasy integracyjne w których razem uczą się dzieci polskie i romskie, czy wolontariuszy z Arki, którzy w ośrodku dla uchodźców organizują zajęcia dla dzieci cudzoziemców. Ale też pamiętam dyskusję, która wywiązała się na forum „Gazety” po tym, gdy opublikowaliśmy artykuł na temat pierwszego w Radomiu klubu „guy friendly”. Czy my Radomianie jesteśmy tolerancyjni? Czy stać nas na otwartość wobec innych?

czwartek, 15 listopada 2007
Wstydliwy problem nie musi być wstydliwy

W lokalnych mediach jak bumerang powraca temat miejskich toalet. W samym centrum miasta, przy deptaku stoi kilka tak zwanych toitojek. Z definicji to przewoźne toalety stawiane okazjonalnie na imprezach masowych, albo w miejscach, gdzie wybudowanie tradycyjnej toalety jest niemożliwe. W naszym mieście toitoje przyjęły się jako rozwiązania stałe. Przykład? Plac Konstytucji 3 Maja, tuż przy fontannach. Drugi? Toitoje w parku za Łaźnią. I trzeci: postój taksówek przy ul. Wałowej, obok plebanii kościoła farnego. Miejsca reprezentacyjne w przciwieństwie do niebiesko-białych budek. Ale dobrze, pominę już ich estetykę. Problem w tym, że najczęściej toitoje są zamkniętę, a jeżeli już szczęśliwie uda nam się trafić na otwartą, to widok wnętrza i tak nas skutecznie zniechęci przed skorzystaniem. Wiem, nawet najpiękniejsza toaleta nie pomoże, jeżeli komuś brak kultury. Ale mimo to spróbuję do dyskusji nad radomskimi szaletami wrzucić northamptoński kamyczek. Przy głównej ulicy miasta Abington Street, która jest deptakiem, oprócz salonów telefonii komórkowej i sklepów, znajdują się kawiarenki i knajpki. W większości są toalety i nikomu nie przychodzi do głowy wieszać tam na drzwiach napisów „WC tylko dla klientów”.  Są też dwie galerie handlowe z publicznymi, bezpłatnymi toaletami. No i absolutny hit: samoobsługowa toaleta stojąca na samym środku deptaka: wrzuca się monetę, automatycznie otwierają się żaluzjowe drzwi, na tyle szerokie, że można tam wjechać wózkiem inwalidzkim, a po skorzystaniu urządzenie spłukuje i dezynfekuje pomieszczenie. Mój zachwyt nie budzi jednak sposób użytkowania, ale forma. Toaleta jest stylowa, doskonale wpisuje się w otoczenie starych kamieniczek, może być też wykorzystana na reklamę.

Wynika z tego, że problem miejskich szaletów można rozwiązać elegancko. Nie upieram się, aby taka sama toaleta stanęła na Żeromskiego. Chodzi o sam pomysł na miejski szalet, o jego formę. A może wam udało się podpatrzeć ciekawe rozwiązania, gdzieś w Polsce, gdzieś w świecie. Podyskutujmy o tym, spóbujmy zmienić wygląd naszego miasta, aby gazety za pół roku nie musiały znów pisać o wstydliwych toitojkach, panach załatwiających swoje potrzeby w bramach.

 

środa, 14 listopada 2007
Charytatywnie, ale z pomysłem

W Radomiu powstała pierwsza galeria charytatywna. Pisaliśmy o tym kilka dni temu na stronach „Gazety”. Otworzyli ją członkowie Stowarzyszenia Charytatywnego Radesta. Będzie tam można kupić artystyczne drobiazgi przekazane przez ofiarodawców i sympatyków stowarzyszenia, dzieła radomskich artystów, prace studentów wydziału sztuki Politechniki Radomskiej. Całkowity dochód ze sprzedanych w galerii przedmiotów przeznaczany będzie na hospicja domowe. Stowarzyszenie ma pod swoją opieką chorych, którym pieniądze bardzo się przydadzą. Pomagać możemy, nie tylko kupując w galerii, ale też oddając do niej cenne rzeczy, z których zysk przeznaczony będzie dla potrzebujących. Dlaczego o tym piszę? W Radomiu jak dotąd sklepy z używaną odzieżą to był komercyjny biznes. W Northampton sklepy z używanymi rzeczami w 99 procentach są prowadzone przez organizacje charytatywne i pomocowe. Z szyldu nad wejściem można się dowiedzieć, gdzie trafią pieniądze zostawione w takim sklepie: czy na głodujące dzieci w Afryce, badania nad rakiem, Czerwony Krzyż, czy bezdomnych.

Wewnątrz oprócz ubrań (markowych i niezniszczonych, choć używanych, elegancko wyeksponowanych na wieszakach) można kupić używane książki, płyty, ale także drobiazgi dekoracyjne do domu: ramki na obrazy, figurki, misy, wazony oraz biżuterię. Rzeczy są za darmo przekazywane przez mieszkańców, a dzięki takim sklepom organizacje charytatywne mają własne dochody, a ofiarodawcy poczucie, że uczestniczą w jakimś dziele pomocy. Mam nadzieję, że galeria Radesty to pierwsza jaskółka w Radomiu. Że może Caritas, a może PCK, a może hospicjum otworzą kolejne.

poniedziałek, 12 listopada 2007
No i zaczęło się ;-)

Ruszyła nasza akcja „Mój kawałek Europy”. Dziś pierwsze teksty: na stronach krajowych „Gazety” piszemy o co wybuchają wielkie awantury w miastach, które odwiedziliśmy. A przypomnę 22 reporterów „Gazety” z 21 oddziałów pojechało do 22 miast w Europie, aby odkryć tajemnicę, dlaczego tam ludziom żyje się lepiej i wygodniej. I uwierzcie, nie zawsze chodzi o pieniądze. O awanturze w Northampton, która toczy się tam od kilku lat i którą, można powiedzieć, znamy z naszego podwórka napiszemy na stronach lokalnych jutro. I co najciekawsze, jak sądzę, opiszemy, jak władze miasta i mieszkańcy rozwiązują konflikty społeczne. I oczywiście mam nadzieję, że uda nam się wywołać dyskusję na temat, czy i u nas tak można. Czy rozwiązania, które funkcjonują tam, można zastosować tu. Może ktoś z Was podpatrzył jeszcze ciekawsze w innym zakątku Europy. A może sami będziemy potrafili wypracować lepsze?

Po tekście, który dziś ukazał się na radomskich stronach „Gazety”, a już wczoraj w internecie, na forum pojawiło się kilka wpisów. Pominę te, których autorzy niewiele albo nic nie wnosząc do dyskusji, potrafią jedynie krytykować: pomysł „Gazety”, „Gazetę”, dziennikarzy. Pozostawię je bez komentarza. Dziękuję natomiast za wszystkie konstruktywne głosy i... proszę o jeszcze. Cieszy mnie odzew Bractwa Rowerowego ( ale na nich zawsze można liczyć, gdy chodzi o ścieżki rowerowe ;-) Dziękuję za wpis radomiance, która mieszka w Northampton. Żałuję, że nie udało nam się spotkać na miejscu. Dziękuję wszystkim forumowiczom, którzy już wpisują swoje pomysły na poprawę jakości życia w Radomiu. Zastanówmy się, co można wprowadzić w życie już, teraz, a co wymaga jeszcze opracowania, przygotowania, wspólnej pracy. Mam nadzieję, że z tej wymiany opinii urodzi się jakieś pozytywne działanie. Bo o to tutaj chodzi!

piątek, 02 listopada 2007
Wróciłam do Polski i do Radomia...

Pamiętam taką scenę: stoję w kolejce do recepcji w centrum obsługi studenta Uniwersytetu w Northampton. Za mną czeka jedna osoba. Nagle z boku staje student i gdy zwalnia się miejsce przy stoliku recepcji próbuje podejść. Chłopak stojący za mną chrząka cichutko i zwraca mu uwagę, że my też czekamy. Student przeprasza i pokornie ustawia się za nami. Wiadomo: w Anglii kolejka rzecz święta - czy to w sklepie do kasy czy do drzwi autobusu. Scena jako żywo stanęła mi przed oczami, gdy czekałam na wejście na pokład samolotu lecącego z Luton do Warszawy. Był przedostatni dzień października, Polacy lecieli do Polski na Wszystkich Świętych i to oni stanowili 90 proc. pasażerów samolotu. Panie z obsługi lotniska podzieliły pasażerów na trzy grupy: w pierwszej kolejności miały wsiadać rodziny z małymi dziećmi, w drugiej pasażerowie, którzy wykupili opcję szybkiego boardowania, w trzeciej pozostali pasażerowie. Gdy tylko drzwi na płytę lotniska zostały otworzone tłum z trzeciej grupy ruszył. W ruch poszły łokcie, niektórzy co sprytniejsi radzili sobie bagażem podręcznym dając innym po nogach. Każdy chciał być pierwszy, zająć „najlepsze” miejsce. Już wiedziałam, że wracam do kraju. Smutna ta obserwacja, ale po prawie dwóch tygodniach spędzonych w Wielkiej Brytanii widzę, jak jeszcze wiele musi się zmienić w naszych głowach, aby Polak za granicą przestał kojarzyć się z cwaniactwem. Abyśmy trzymali psy na smyczy w miejscach publicznych, gdy tak nakazują przepisy, nie palili papierosów tam gdzie nie wolno, bo „przecież i tak nikt nie widzi i komu to zaszkodzi jak zapalę jednego papieroska”. I przestali się przepychać. A co musimy jeszcze zmienić w nas, radomianach? Czy może to, abyśmy nie reagowali zdziwieniem na widok niepełnosprawnego na wózku w sklepie na zakupach, czy nastolatka z zespołem Downa obsługującego kasę w markecie? Jak sądzicie?

 
poniedziałek, 29 października 2007
Żegnam się z Northampton

Ostatni dzień w Northampton upłynął mi pod znakiem poszukiwania czynnej szkoły. Chciałam zobaczyć jak wygląda typowe liceum, ale zadanie okazało się trudne do wykonania. Cały ubiegły tydzień w Anglii trwała przerwa międzysemestralna, szkoły były nieczynne, a po przerwie wiele szkół zorganizowało szkolenie dla nauczycieli, lekcji znów nie było. Gdy już traciłam nadzieję, z budynku, który właśnie mijałam wysypała się grupa nastolatków. Co się okazało? Trafiłam wreszcie do liceum - prywatnego, które tego dnia było czynne. Prywatna szkoła to nie to samo co publiczna, ale postanowiłam zajrzeć. Pani dyrektor przyjęła mnie bardzo miło, choć dokładnie przyjrzała się mojej legitymacji prasowej i wnikliwie wypytała o cel mojej wizyty, zanim pozwoliła mi wejść do szkoły. Ale nic dziwnego, ochrona uczniów to tutaj priorytet. Gdy już zostałam oprowadzona po budynku (zajrzałam do sal lekcyjnych, na szkolną stołówkę i do bursy) zostałam przekazana pod skrzydła pani Zofii Cieślewicz, Polki, która w liceum uczy matematyki. Towarzyszyłam pani Zofii podczas lekcji wychowawczej i potem lekcji matematyki. Muszę przyznać, że choć z matematyki miałam zawsze dobre oceny, to logarytmy, całki i funkcje zmienne nad którymi głowili się uczniowie przyprawiły mnie o dreszcze. O tym jak wygląda nauka w prywatnym liceum, ile waży plecak ucznia i co w nim nosi napiszę już po powrocie do Polski.

Zofia Cieślewicz pytana, czy lubi Northampton odpowiada - Przeprowadziłam się tu z Krakowa, więc trudno mi odpowiedzieć, bo Northampton to nie Kraków. Ale tu mieszkam od dwudziestu lat, tu do szkoły chodzi moja córka.

Większość northamptończyków z którymi rozmawiałam, odpowiadało podobnie. Northampton to nie Londyn, nie ma tu bogatej oferty kulturalnej, ale do Londynu jest tylko 108 kilometrów i pociągiem, uwierzcie mi, można dojechać w godzinę. Zaletą miasta jest na pewno lokalizacja - stąd wszędzie jest blisko: na lotnisko w Luton, do Oxford, Cambridge czy Birmingham. W pobliżu jest zalew, po którym można żeglować, w okolicy malownicze wioseczki do zwiedzania i las do przejażdżki rowerowej. Plusem z pewnością są niskie ceny nieruchomości w porównaniu z Londynem. Jedni podkreślali, że miasto jest spokojne, inni mówili że nudne. I tak właśnie jest z Northampton, ludzie, którzy tu mieszkają narzekają, pytani o zalety miasta, zaczynają je doceniać, a gdy wyjadą, tęsknią. Mnie z pewnością pozostanie sentyment do miasta, które intensywnie poznawałam przez jedenaście dni. Na pewno nie odwiedziłam wszystkim ciekawych miejsc, ani nie porozmawiałam ze wszystkimi ciekawymi ludźmi, ale i tak wywożę stąd reporterski notes pełen historii, obserwacji i spostrzeżeń. O wszystkich napiszę, gdy reporterzy Gazety biorący udział w projekcie Europa powrócą do kraju.

Zanim ja stąd wyjadę chce wprowadzić w życie pewien pomysł. Podczas jednego ze spacerów po deptaku kupiłam książkę Sidneya Sheldona. Taki kryminałek do poduszki. Przeczytałam i postanowiłam książkę uwolnić, czyli zostawić ja w publicznym miejscu dla następnego czytelnika. Na drugiej stronie zrobiłam jednak wpis, prosząc każdego, kto natrafi na moją książkę o maila z informacją gdzie ją znalazł. To może być ciekawe prześledzić drogę mojej książki. Może trafi do kosza, może ktoś zabierze ją do domu, a może będzie wędrować po Northampton.

A tymczasem ruszam się pakować. Jutro autobusem przejadę na lotnisko w Luton, a potem samolotem do domu. Do zobaczenia w Radomiu.

niedziela, 28 października 2007
Siódmy dzień tygodnia

Z ciekawością wybrałam się dziś do kościoła, oczywiście miejscowego. Wybrałam świątynię stojącą w samym centrum pod wezwaniem Wszystkich Świętych, zakładając, że tam wierni najliczniej uczestniczą we mszy. Niestety, może to cecha charakterystyczna dla Wielkiej Brytanii i jej kościoła, ale na głównej mszy, uświetnionej występem chóru, było około 50 osób.

Na zdjęciu: kościół pw. Wszystkich Świętych w Northampton

Co ciekawe, mimo tak nielicznego uczestnictwa, już po mszy nikt nie pospieszył do drzwi, aby jak najszybciej udać się do domu. Przy drzwiach pastor osobiście każdemu uścisnął dłoń dziękując za udział w nabożeństwie, a następnie zaprosił na kawę i ciastko do kawiarni, która znajduje się w pomieszczeniu wydzielonym z bocznej nawy. Już po chwili trudno było tam znaleźć miejsce przy stoliku. Przy okazji goście kawiarenki składali życzenia jednej z parafianek, która właśnie obchodziła urodziny. Widać było, że parafianie są ze sobą zżyci, ale też nie trudno było zauważyć, że młodych ludzi było tam zaledwie kilkoro.

Skoro nie do kościoła, to gdzie mieszkańcy Northampton idą po duchową strawę w niedzielę? Do centrów handlowych. W pasażach handlowych były dziś tłumy, całe rodziny z dziećmi, grupki młodzieży i pracujące mamy, które wybrały się na zakupy. Tutaj to tradycja, że właśnie w niedzielę robi się w marketach duże tygodniowe zakupy. A sklepy wiedzą jak przyciągać „wiernych”. Odwołują się do wyobraźni najmłodszych konsumentów reklamując Helloween i już Boże Narodzenie. Wszędzie jest kolorowo, z głośników słychać muzykę i reklamy, a najmłodsi ciągną rodziców od stoiska do stoiska prosząc o kupienie najmodniejszych zabawek, masek i strojów do przebrania czy słodyczy. Wszędzie jest gwarno i tłumnie. Aż trudno uwierzyć, że to niedzielne popołudnie. Ale gwar niknie około godz. 17, gdy sklepy się zamykają. Wyludnia się też deptak. Choć nie do końca. Ludzie przesiadują w maleńkich i przytulnych kawiarenkach, młodzi ludzie wyruszają do modnych klubów i pubów. Miasto zaczyna wieczorne życie.

sobota, 27 października 2007
Coś dla ciała, coś dla ducha

Piątkowy wieczór i sobotę spędziłam bardzo „kulturalnie”. Najpierw postanowiłam sprawdzić, gdzie młodzi ludzie spędzają wolny czas. Piątek to szczególny dzień tutaj, bo większość pracowników odbiera tygodniową wypłatę, a to już jest powód do wybrania się ze znajomymi na piwo. I choć większość młodych ludzi, z którymi rozmawiałam, narzeka, że w Northampton nie ma co robić, to właśnie w piątkowe wieczory liczne tutaj kluby i puby pękają w szwach. Ja postanowiłam skorzystać z zaproszenia Claire, którą poznałam na uniwersytecie i wybrać się do klubu The Soundhous. Tak się złożyło, że po tournee po USA i Europie wróciła lokalna sława, zespół The Maps, czyli Mapy. Skąd taka nazwa? Jak wyjaśnia menadżer grupy, mapa otwiera horyzonty, można na nią patrzeć z bliska i widzieć mały wycinek świata, albo spojrzeć szeroko i zobaczyć cały świat. Mapy to zespół wywodzący się z Northampton, ale już zdążyły dać się poznać szerokiej publiczności. Pierwsza płyta sprzedała się w 30 tys. egzemplarzy.

A że zespół w rodzinnym mieście cieszy się popularnością można było zobaczyć po licznie przybyłej do klubu publiczności. Sala wypełniona była po brzegi. Nie podejmuję się zrecenzować muzyki Map, mnie koncert się podobał. Publiczność też żywo reagowała gorąco oklaskując każdy kawałek, ale, no właśnie - to co mnie zupełnie zaskoczyło: muzyka brzmiała tak, że basy czuć było w żołądku, wokalista dwoił się i troił na scenie, a pod sceną nikt nie tańczył. Wszyscy stali w miejscy i się przyglądali.

- Wiesz, żeby tańczyć tak publicznie, trzeba mieć dużo pewności siebie. My chyba tacy nie jesteśmy. To takie brytyjskie - wyjaśniła mi Claire, gdy powiedziałam jej, że w Polsce w czasie takiego koncertu publiczność by szalała. I jeszcze jedno spostrzeżenie: w klubie nikt nie palił papierosów. Kto zatęsknił za dymkiem wychodził na zewnątrz. Okazuje się, że to efekt wprowadzonych kilka miesięcy temu surowych przepisów. Palenie w klubach i pubach jest zakazane i karane wysokimi grzywnami, przy czym płaci nie tylko palacz, ale i klub. Nikomu się więc nie opłaca oszukiwać. Dla niepalących to błogosławieństwo.

Poza wizytą w jednym z klubów Northampton, gdzie można posłuchać zespołu grającego live, polecam też niezwykłą galerię. Urządzona została w starej... hali targowej, w której sprzedawano ryby. Zresztą po hali pozostała nazwa The Fishmarket i lada wyłożona płytkami, która teraz służy za recepcję. Należąca do miasta i stojąca w centrum miasta hala była od kilku lat nieużywana, popadała w ruinę. Rok temu miasto oddało ją stowarzyszeniu, które dzięki pozyskanym grantom halę wyremontowało i zaadaptowało na galerię.

Na zdjęciu: przygotowania do nowej wystawy.

Dzisiaj na ścianach hali można podziwiać prace miejscowych artystów. Gdy ja tam weszłam, właśnie trwały przygotowania do nowej wystawy. Młodzi ludzie zawieszali olbrzymie płachty materiału wymalowane farbami. Jeden z kątów galerii oddany jest we władanie studentów wydziału sztuki northamptońskiego uniwersytetu. Inny jest na wynajem. Każdy kto uważa, że jego prace powinny być zaprezentowane szerszej publiczności, może wynająć za 20 funtów miesięcznie kawałek ściany i przez miesiąc je prezentować. Fantastyczny pomysł. Może do wykorzystania u nas?


piątek, 26 października 2007
Student to ma klawe życie...

Uczelnia pomaga znaleźć prywatną kwaterę, a gdy tam nie ma miejsc opłaca studentowi hotel. I kupuje bilet miesięczny, aby mógł dojechać na wykłady. Pomaga znaleźć pracę dorywczą, aby student mógł się utrzymać, ale też pilnuje, aby za dużo nie pracował, bo może na tym ucierpieć nauka. Niemożliwe? A jednak.

Choć do Oxfordu i Cambridge z Northampton jest niedaleko, miasto ma swoją wyższą uczelnię. Jeszcze dwa lata temu był to College of Northampton, który mógł kształcić studentów na poziomie licencjata. Dziś uczelnia ma status uniwersytetu i prawo doktoryzowania.

Na zdjęciu: uniwesytet w Northampton.


- Nasza uczelnia powstała przede wszystkim z myślą o mieszkańcach naszego regionu. Dlatego już na starcie dostają zniżkę na czesne - wyjaśnia John Haywood, prorektor do spraw studenckich. Zniżka jest znaczna. Roczne czesne to około 3 200 funtów. Mieszkaniec Northampton, który zechce tu studiować zapłaci o tysiąc funtów mniej. Ale to nie koniec. Student może liczyć także na wsparcie rządu w sfinansowaniu zakwaterowania, dojazdów i wyżywienia. Wysokość pomocy, w zależności od dochodów rodziców studenta, lub jeśli on pracuje, jego samego, może sięgnąć nawet tysiąca funtów rocznie. A gdy w akademikach i prywatnych kwaterach braknie miejsc dla studentów, uczelnia do czasu znalezienia miejsc noclegowych finansuje studentowi hotel i bilet miesięczny na autobus, aby mógł dojechać na wykłady. Uniwersytet dba też o to, aby student miał się z czego utrzymać. Pomaga znaleźć pracę dorywczą, ale też i zastrzega, że nie może to być więcej niż 10 godzin tygodniowo. Bo student musi przede wszystkim skupiać się na nauce. Przez całe studia, a także cztery miesiące po ich ukończeniu może liczyć na wsparcie specjalistów w poszukiwaniu pracy.

- Przeprowadzamy testy psychotechniczne, na podstawie ocen i postępów w nauce, a także wyboru wykładów oceniamy możliwości studenta, aby jak najlepiej ukierunkować go na rynku pracy. Prowadzimy warsztaty na których uczymy jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej, jak dobrze napisać CV. Podpowiadamy, co jeszcze student może zrobić w czasie studiów, aby zwiększyć swoje szanse na rynku. Mamy całe biuro pracy, które w ramach uczelni tym się zajmuje - wylicza John Haywood. W Northampton bezrobocie oceniane jest na około 5 proc.

- To, że teraz jesteśmy pełnym uniwersytetem to nie tylko kwestia prestiżu, ale i lepszej oferty dla naszych studentów - wyjaśnia Claire Bicknell z biura prasowego uczelni. Przechadzamy się po korytarzach wydziału zarządzania. Drzwi do sal wykładowych mają okienko przez które można zajrzeć do środka. Zaglądamy do auli. Około setki studentów przygląda się wykresom wyświetlanym na ekranie. Zupełnie jak na naszych uczelniach. Ale nie do końca. Tutaj wsparcie, jakie student otrzymuje od uczelni jest nieporównywalne. Począwszy od czesnego, poprzez pomoc w znalezieniu kwatery i pracy dorywczej po szukanie pracy po zakończeniu studiów.
 
1 , 2